Niebezpieczne konsultacje, czyli ostrożnie z teledermatologią


Choroby dermatologiczne należą do najbardziej wstydliwych. W dodatku te najgroźniejsze często są ignorowane przez pacjentów, bo nie powodują bolesnych dolegliwości. Tak jest na przykład z czerniakiem. Tylko co szósty Polak pokazuje podejrzane zmiany skórne dermatologowi lub onkologowi, 85 proc. nigdy nie pokazało znamion lekarzowi. Tymczasem aż 90 proc. wcześnie wykrytych czerniaków można wyleczyć chirurgicznie. Niestety, w Polsce aż jeden na trzech pacjentów z tym rozpoznaniem umiera, bo choroba jest wykrywana za późno.

Pewną nadzieję na zmianę tych alarmujących statystyk i na to, że także wstydliwe zmiany skórne będą częściej i chętniej kontrolowane, daje rozwój aplikacji analizujących niepokojące pacjentów wypryski, wysypki czy znamiona. Takich aplikacji jest już kilkaset, większość z nich jest dostępna bezpłatnie. Mamy np. aplikacje umożliwiające monitorowanie łuszczycy, diagnozowanie czerniaka, doradzające właściwy poziom ochrony przeciwsłonecznej. Niektóre pozwalają uzyskać komentarz lekarza lub odpowiedź wygenerowaną przez specjalny algorytm na pytanie, na co chorujemy. Inne dotyczą tylko jednego schorzenia, na przykład egzemy, trądziku czy łuszczycy. Są też takie, które umożliwiają fotografowanie poszczególnych znamion i ocenianie, czy zmieniają się one z biegiem czasu. Aplikacja Handyscope i specjalna nakładka na obiektyw iPhone’a umożliwiają wykonanie zdjęcia zmiany w dużej rozdzielczości, a dzięki FotoFinder Hub fotografię można przesłać innym lekarzom i skonsultować się z nimi.

Embed from Getty Images

Na razie jednak wiele wskazuje na to, że algorytmy wykorzystywane w aplikacjach na smartfony diagnozujących poważne choroby, takie jak czerniak, wymagają dopracowania. W badaniu opublikowanym w 2013 roku w JAMA Dermatology sprawdzono dokładność 4 aplikacji dermatologicznych na smartfony służących do oceny stopnia złośliwości znamion. Najgorsza z nich trafnie diagnozowała czerniaka jedynie w 6,8% przypadków, dwie w około 70% przypadków. Najlepsza z aplikacji miała skuteczność około 98,1%, ale, w przeciwieństwie do pozostałych, rozpoznanie nie było stawiane na podstawie analizy z wykorzystaniem algorytmu, ale przez dermatologa, do którego przesyłane było zdjęcie zmiany.

Nic więc dziwnego, że następnie zajęto się dalszym sprawdzeniem, na ile skuteczne są porady udzielane na odległość przez dermatologów. Na to pytanie próbowali odpowiedzieć autorzy badania opublikowanego w lipcu tego roku na łamach JAMA Dermatology. Niestety, wnioski wyciągnięte przez jego autorów nie wypadają bardzo korzystnie dla teledermatologii. Zespół specjalistów pracujących pod kierunkiem Jacka Resnecka z University of California w San Francisco przygotował fikcyjne przypadki pacjentów z różnymi chorobami skóry, m.in. nowotworowymi, zapalnym i infekcyjnymi i przedstawił je serwisom świadczącym usługi teledermatologiczne dla osób mieszkających w Kalifornii. Uzyskano odpowiedzi od 16 serwisów, które przeprowadziły 62 konsultacje. Tylko w 26% przypadków serwisy udostępniały życiorysy lekarzy, którzy dokonywali diagnozy (część z dermatologów nie była obywatelami USA i nie miała prawa wykonywania zawodu w Kalifornii). Chociaż w 65% przypadków konsultacji zostały przepisane leki, tylko w 32% przypadków poinformowano o możliwych działaniach niepożądanych leczenia (w 43% o możliwości wpływu na ciążę). Nie zawsze też leczenie było zgodne z tym zalecanym w wytycznych.

Diagnoza została postawiona w 77% konsultacji. Niestety, większość trafnych rozpoznań wynikała z tego, że do ich postawienia wystarczyła analiza zdjęcia zmiany. Dużo gorzej było wtedy, gdy ważne były podstawowe objawy towarzyszące zmianie, na przykład gorączka lub nadmierne owłosienie. Większość lekarzy nie zadawała bowiem dodatkowych pytań. Wśród właściwych przyczyn zmian skórnych pomijano między innymi syfilis i zespół jajników policystycznych.

 

Piśmiennictwo:

Resneck JS, Abrouk M, Steuer M, et al. Choice, Transparency, Coordination, and Quality Among Direct-to-Consumer Telemedicine Websites and Apps Treating Skin Disease. JAMA Dermatol. 2016 May 15. doi: 10.1001/jamadermatol.2016.1774.

 

Reklamy

Invisible Trial System – bezprzewodowy neurostymulator


Jednym ze sposobów leczenia przewlekłego bólu (np. onkologicznego), zwłaszcza niereagującego na terapię farmakologiczną, jest stosowanie neurostymulatorów (np. urządzeń do stymulacji sznurów tylnych rdzenia kręgowego, ang. spinal cord stimulation, SCS). Są to niewielkie, wszczepiane chirurgicznie urządzenia, które wysyłają łagodne impulsy do mózgu, dzięki czemu dochodzi do zmiany lub przerwania sygnałów bólowych. Zanim przeprowadzi się zabieg implantacji neurostymulatora, pacjent uczestniczy w etapie testowym. Niestety, to właśnie wtedy wiele osób rezygnuje z takiej terapii. Przeszkadza im okablowanie urządzenia testowego, nie mogą też poradzić sobie z jego obsługą.

Invisible_Trial_EPG_ipad

Dlatego też duże nadzieje wiąże się z Invisible Trial System, nowym urządzeniem firmy St. Jude Medical, które właśnie otrzymało akceptację Amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA). Wykorzystywany podczas etapu testowego neurostymulator składa się z niewielkiego zewnętrznego generatora impulsów, który przyczepiany jest na plecach pacjenta za pomocą taśmy. Pacjentowi nie przeszkadzają kable neurostymulatora, ponieważ komunikacja z urządzeniami zawiadującymi jego pracą odbywa się bezprzewodowo za pomocą technologii Bluetooth. Lekarze, którzy ustalają i oceniają terapię przeciwbólową z użyciem Invisible Trial System, robią to, korzystając z iPada mini, a pacjenci mają do dyspozycji iPod Touch do samodzielnego dostosowywania opcji. Dzięki aplikacji lekarze mogą także uzyskać zestawienie informacji na temat przebiegu terapii podczas okresu próbnego. Tak więc zamiast nieporęcznych kontrolerów i kabli pacjenci korzystają z bardzo wygodnej opcji, dzięki czemu szybciej mogą dostosować się do terapii neurostymulatorem.


Apple Watch | nowa aplikacja dla chorych onkologicznych otrzymujących chemioterapię


Na Apple Watch nie brakuje przydatnych aplikacji, dzięki którym można mierzyć tętno czy aktywność fizyczną, jednak na razie jest to przede wszystkim ciekawy i drogi gadżet. Pojawiają się jednak próby wykorzystania go podczas leczenia poważnych chorób.

droppedImage_6

Londyński szpital King’s College testuje specjalnie napisaną na Apple Watch aplikację firmy Medopad, przeznaczoną dla pacjentów poddawanych chemioterapii. W czasie stosowania takiego leczenia bardzo ważne jest dokładne przestrzeganie przez pacjentów skomplikowanych zaleceń lekarskich, ale także szybkie reagowanie lekarzy na nowe problemy zdrowotne chorych czy działania niepożądane terapii.

droppedImage_7

Dzięki aplikacji firmy Medopad do pacjentów noszących Apple Watch docierają przypomnienia dotyczące przyjmowania odpowiednich leków we właściwym czasie, a lekarze otrzymują dane na temat stanu chorych: automatycznie przekazywane są informacje dotyczące aktywności osoby noszącej zegarek (dzięki wbudowanemu w niego akcelerometrowi), a dane na temat objawów i temperatury wprowadzane są przez pacjentów. Dysponując takimi danymi, lekarz może od razu zmienić leczenie czy dawkowanie.


Dr Watson [IBM]: tym razem wrażenia onkologów


Projekt Watson realizowany przez firmę IBM zorientowany jest na stworzenie uniwersalnego systemu wspomagania decyzji medycznych, które wymagają analizy dużych ilości danych naukowych, doniesień i raportów. Poniżej wrażenia Dr. Marka Krisa onkologa, który pokazuje jak tworzony jest system. Jednocześnie przedstawia przykładowy rekord pacjentki u której korzysta z wiedzy systemu jako tzw. drugiej opinii.

Przypomnijmy, że podobne systemy choć na mniejszą skalę tworzone są w Polsce (przykład: doktor-medi.pl)