Ava – opaska na rękę pomagająca zajść w ciążę


Ava_woman_wearing_bracelet

Stare (ale, niestety, jakże prawdziwe) powiedzenie mówi, że najłatwiej zachodzi się w ciążę, jeśli się tego nie chce. Trudności z zajściem w ciążę są bardzo smutną rzeczywistością dla wielu par, które bez powodzenia starają się o dziecko. Szacuje się, że problem ten dotyczy aż 15% par na świecie (około 48,5 miliona). Na taki stan rzeczy ma wpływ wiele czynników, między innymi to, że wiele kobiet odkłada zajście w ciążę do wieku, w którym zmniejszona jest ich płodność (w Stanach Zjednoczonych około 20% kobiet rodzi pierwsze dziecko po 35. roku życia).

Zajście w ciążę jest możliwe podczas kilku płodnych dni w miesiącu (w dniu owulacji, około pięć dni przed nią i jeden po). Podczas tego okresu stopniowo zaczyna się zwiększać poziom estradiolu (hormonu płciowego z grupy estrogenów), co powoduje zmiany w organizmie kobiety, których wykrycie może być pomocne w określeniu dni płodnych.

Takie obserwacje leżą u podstawy działania Avy, czyli przeznaczonej dla kobiet opaski na rękę, która pomaga w określeniu dni płodnych. Dzięki niej nie trzeba męczyć się z mierzeniem temperatury czy robieniem testów moczu. Opaskę zakłada się na noc i umieszczony w niej czujnik zbiera informacje dotyczące takich parametrów jak częstość pracy serca w spoczynku, temperatura skóry (i utrata przez nią ciepła), zmienność rytmu serca (zależna od poziomu estrogenu i progesteronu; zwiększona w fazie lutealnej cyklu, czyli w okresie od wystąpienia owulacji aż do pierwszego dnia miesiączki), jakość snu, częstość oddechów, perfuzja (zwiększa ją estrogen, zmniejsza progesteron) i stan skóry (za pomocą bioimpedancji elektrycznej).

Ava_bracelet_app

Dane są następnie analizowane za pomocą specjalnego algorytmu w celu określenia dni płodnych i przesyłane na smartfona do aplikacji. W badaniu prowadzonym przez rok w Szpitalu Uniwersyteckim w Zurychu stwierdzono, że dzięki używaniu opaski można z 89% trafnością wykryć 5,3 dni płodnych w miesiącu.

Ava posiada akceptację amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) jako urządzenie medyczne klasy I (czyli stanowiące minimalne zagrożenie dla pacjenta).

Więcej informacji: http://www.avawomen.com/

Materiały graficzne: Ava


Niebezpieczne konsultacje, czyli ostrożnie z teledermatologią


Choroby dermatologiczne należą do najbardziej wstydliwych. W dodatku te najgroźniejsze często są ignorowane przez pacjentów, bo nie powodują bolesnych dolegliwości. Tak jest na przykład z czerniakiem. Tylko co szósty Polak pokazuje podejrzane zmiany skórne dermatologowi lub onkologowi, 85 proc. nigdy nie pokazało znamion lekarzowi. Tymczasem aż 90 proc. wcześnie wykrytych czerniaków można wyleczyć chirurgicznie. Niestety, w Polsce aż jeden na trzech pacjentów z tym rozpoznaniem umiera, bo choroba jest wykrywana za późno.

Pewną nadzieję na zmianę tych alarmujących statystyk i na to, że także wstydliwe zmiany skórne będą częściej i chętniej kontrolowane, daje rozwój aplikacji analizujących niepokojące pacjentów wypryski, wysypki czy znamiona. Takich aplikacji jest już kilkaset, większość z nich jest dostępna bezpłatnie. Mamy np. aplikacje umożliwiające monitorowanie łuszczycy, diagnozowanie czerniaka, doradzające właściwy poziom ochrony przeciwsłonecznej. Niektóre pozwalają uzyskać komentarz lekarza lub odpowiedź wygenerowaną przez specjalny algorytm na pytanie, na co chorujemy. Inne dotyczą tylko jednego schorzenia, na przykład egzemy, trądziku czy łuszczycy. Są też takie, które umożliwiają fotografowanie poszczególnych znamion i ocenianie, czy zmieniają się one z biegiem czasu. Aplikacja Handyscope i specjalna nakładka na obiektyw iPhone’a umożliwiają wykonanie zdjęcia zmiany w dużej rozdzielczości, a dzięki FotoFinder Hub fotografię można przesłać innym lekarzom i skonsultować się z nimi.

Na razie jednak wiele wskazuje na to, że algorytmy wykorzystywane w aplikacjach na smartfony diagnozujących poważne choroby, takie jak czerniak, wymagają dopracowania. W badaniu opublikowanym w 2013 roku w JAMA Dermatology sprawdzono dokładność 4 aplikacji dermatologicznych na smartfony służących do oceny stopnia złośliwości znamion. Najgorsza z nich trafnie diagnozowała czerniaka jedynie w 6,8% przypadków, dwie w około 70% przypadków. Najlepsza z aplikacji miała skuteczność około 98,1%, ale, w przeciwieństwie do pozostałych, rozpoznanie nie było stawiane na podstawie analizy z wykorzystaniem algorytmu, ale przez dermatologa, do którego przesyłane było zdjęcie zmiany.

Nic więc dziwnego, że następnie zajęto się dalszym sprawdzeniem, na ile skuteczne są porady udzielane na odległość przez dermatologów. Na to pytanie próbowali odpowiedzieć autorzy badania opublikowanego w lipcu tego roku na łamach JAMA Dermatology. Niestety, wnioski wyciągnięte przez jego autorów nie wypadają bardzo korzystnie dla teledermatologii. Zespół specjalistów pracujących pod kierunkiem Jacka Resnecka z University of California w San Francisco przygotował fikcyjne przypadki pacjentów z różnymi chorobami skóry, m.in. nowotworowymi, zapalnym i infekcyjnymi i przedstawił je serwisom świadczącym usługi teledermatologiczne dla osób mieszkających w Kalifornii. Uzyskano odpowiedzi od 16 serwisów, które przeprowadziły 62 konsultacje. Tylko w 26% przypadków serwisy udostępniały życiorysy lekarzy, którzy dokonywali diagnozy (część z dermatologów nie była obywatelami USA i nie miała prawa wykonywania zawodu w Kalifornii). Chociaż w 65% przypadków konsultacji zostały przepisane leki, tylko w 32% przypadków poinformowano o możliwych działaniach niepożądanych leczenia (w 43% o możliwości wpływu na ciążę). Nie zawsze też leczenie było zgodne z tym zalecanym w wytycznych.

Diagnoza została postawiona w 77% konsultacji. Niestety, większość trafnych rozpoznań wynikała z tego, że do ich postawienia wystarczyła analiza zdjęcia zmiany. Dużo gorzej było wtedy, gdy ważne były podstawowe objawy towarzyszące zmianie, na przykład gorączka lub nadmierne owłosienie. Większość lekarzy nie zadawała bowiem dodatkowych pytań. Wśród właściwych przyczyn zmian skórnych pomijano między innymi syfilis i zespół jajników policystycznych.

 

Piśmiennictwo:

Resneck JS, Abrouk M, Steuer M, et al. Choice, Transparency, Coordination, and Quality Among Direct-to-Consumer Telemedicine Websites and Apps Treating Skin Disease. JAMA Dermatol. 2016 May 15. doi: 10.1001/jamadermatol.2016.1774.

 


Ćwiczenie mózgu przy użyciu komputera poprawiające szybkość przetwarzania informacji znacząco zmniejsza ryzyko rozwinięcia demencji – wyniki badania ACTIVE


Obecnie dostępnych jest bardzo wiele stron i aplikacji, dzięki którym nasz mózg nie tylko ma lepiej pracować, ale także możemy uniknąć pogorszenia jego działania w starszym wieku i uniknięcia demencji czy nawet choroby Alzheimera. Oczywiście pojawia się pytanie, na ile używanie takich programów może (i w jakim stopniu) zmniejszyć ryzyko rozwinięcia się tych poważnych chorób. Wielu neurobiologów i psychologów zajmujących się tematyką funkcji poznawczych odpowiada na nie przecząco.

Tym tematem zajęli się także autorzy badania ACTIVE (Advanced Cognitive Training for Independent and Vital Elderly), którego wstępne wyniki po 10 latach obserwacji przedstawiono 24 lipca w Toronto, na Alzheimer’s Association International Conference (AAIC), największym światowym kongresie dotyczącym demencji i choroby Alzheimera. Po raz pierwszy wykazano pozytywne działanie takich ćwiczeń w dużym, randomizowanym badaniu.

W badaniu ACTIVE uczestniczyło około 3 tysiące zdrowych starszych osób (średni wiek 73,6 roku). Przez 5 tygodni uczestniczyły one w zajęciach z użyciem komputera. Jedna grupa wykonywała ćwiczenia mające poprawić pamięć, druga – umiejętność logicznego myślenia, a trzecia – szybkość przetwarzania informacji. Te ostatnie polegały na ćwiczeniu percepcji wzrokowej – badani mieli rozpoznać obiekt, który pojawiał się bardzo krótko na ekranie komputera, jednocześnie rozpoznając też obiekt pojawiający się na obwodzie pola widzenia. Trudność zadania była dostosowywana do postępów badanego.

ex-ss-double-decision

Wszyscy badani ukończyli 10 trwających po godzinie sesji. Około połowa osób z każdej grupy uczestniczyła w sesjach przypominających (4 sesje po roku i po dwóch latach). Część badanych została włączona do grupy kontrolnej, czyli nieuczestniczącej w żadnych ćwiczeniach.    

Okres obserwacji wynosił 10 lat. Najnowsze wyniki wskazują na to, że u osób z grupy ćwiczącej szybkość przetwarzania informacji stwierdzono 33% zmniejszenia ryzyka wystąpienia demencji czy pogorszenia funkcji poznawczych w porównaniu z osobami z grupy kontrolnej (wyniki istotne statystycznie, p=0,012). Co więcej, procent ten wzrósł aż do 48 w przypadku osób, które miały sesje przypominające. Twórcy badania uważają więc, że takie ćwiczenia powinni wykonywać wszyscy po ukończeniu 50. roku życia.

Ćwiczenie, które wykorzystywano w badaniu, jest także dostępne na stronie Brain HQ (ćwiczenie Double Decision).

Double Decision from BrainHQ by Posit Science on Vimeo.

Materiały graficzne: BrainHQ


CoaguChek INRange – lepsza kontrola INR


Polska przoduje w europejskim niechlubnym rankingu odsetka mieszkańców umierających z powodu udaru mózgu. W pierwszym miesiącu po udarze życie traci 40 proc. chorych, a po roku – 60 proc., czyli dwukrotnie więcej niż w Europie Zachodniej i USA. Aż 70 proc. tych, którzy przeżyją, zostaje inwalidami. Te niepokojące statystyki może zmienić upowszechnienie profilaktyki i leczenia przeciwzakrzepowego.

Przewlekłe choroby zwiększające ryzyko powstawania skrzeplin trzeba leczyć niekiedy do końca życia. Głównymi wskazaniami do przewlekłego leczenia przeciwzakrzepowego są choroby serca, a jednym z najczęstszych schorzeń stwarzających ryzyko powstawania zakrzepów, a więc także zawału mięśnia sercowego czy udaru mózgu, jest przetrwałe lub napadowe migotanie przedsionków.

Przy stosowaniu doustnego leczenia przeciwzakrzepowego niezbędne jest regularne kontrolowanie czasu protrombinowego u pacjentów i współczynnika INR (International Normalized Ratio). Przypomnijmy, że im wyższy wskaźnik INR, tym mniejsza krzepliwość krwi, a jego wartość w przypadku leczenia przeciwzakrzepowego zaleca się utrzymywać w przedziale 2,0-3,0.

how-to-step-1

Wizyty w laboratorium są jednak uciążliwe dla pacjentów, więc nic dziwnego, że dużą popularnością cieszą się aparaty do mierzenia INR w domu. Badania wskazują też, że pacjenci, którzy mają lepszy kontakt ze swoimi lekarzami, lepiej stosują zasady konieczne, aby terapia przeciwzakrzepowa nie tylko była skuteczna, ale i bezpieczna. Firma Roche wprowadziła właśnie na europejski rynek CoaguChek INRange, pierwszy system do domowego oznaczania INR wyposażony w technologię Bleutooth, dzięki której lekarze mogą na bieżąco monitorować terapię. Urządzenie, tak jak poprzednie modele CoaguChek, działa podobnie jak glukometr. Do przeprowadzenia badania wystarczy kropla krwi kapilarnej pobranej w domu chorego przez niego samego z opuszka palca i zaledwie minuta, by uzyskać precyzyjny wynik, który równocześnie trafia bezpośrednio do kliniki. Jednocześnie pacjent otrzymuje informację, czy wynik mieści się w granicach wyznaczonych przez lekarza, czy też odbiega od normy. Odczytanie informacji ułatwia choremu kolorowy wyświetlacz. Dodatkowo użytkownik urządzenia przy każdym wyniku może dodać sześć notatek o tym, co działo się przed pomiarem, a mogło mieć wpływ na jego wynik. Można też zaprogramować alarmy informujące o zbliżającej się porze pomiaru krzepliwości, zażycia leków czy terminie wizyty u lekarza.

Materiał graficzny: Roche


Nowe urządzenie do głębokiej stymulacji mózgu z opcją bezprzewodową


Głęboka stymulacja mózgu (Deep Brain Stimulation) to wciąż rozwijająca się technika neurochirurgiczna znajdująca coraz więcej zastosowań. Działanie systemu DBS polega na doprowadzaniu łagodnych impulsów elektrycznych do określonych obszarów mózgu w celu hamowania działania części odpowiedzialnych za występowanie objawów motorycznych. W skład systemu DBS wchodzi wszczepiany chirurgicznie neurostymulator i elektrody, które przekazują sygnał do mózgu. System DBS wykorzystuje się m.in. w leczeniu epilepsji i w tzw. psychochirurgii, czyli łagodzeniu objawów nerwicy natręctw, depresji czy agresji. Jego podstawowym zadaniem jest jednak pomoc osobom z samoistnym drżeniem, dystonią i chorobą Parkinsona. Tych ostatnich jest w Polsce aż 140 tys. Po 10 latach od zachorowania zdecydowana większość chorych znajduje się w fazie, w której pojawiają się objawy niepoddające się leczeniu dotychczas stosowanymi lekami.

Podczas implantowania systemu DBS pacjent jest przytomny i może wraz z lekarzami na bieżąco obserwować efekty zabiegu. Aby uzyskać maksymalną precyzję miejsca, w którym umieszcza się elektrodę, wykorzystywana jest rama stereotaktyczna. Po założeniu ramy wykonuje się tomografię, a obraz z niej jest nakładany na obraz z rezonansu magnetycznego. Rezonans daje obraz wysokiej jakości, a tomograf lepiej odwzorowuje odległości między poszczególnymi strukturami. Na tej podstawie ustala się miejsce, w którym jest umieszczana elektroda.

st-jude-system

Na europejski rynek trafiło właśnie nowe zaawansowane technologicznie urządzenie do głębokiej stymulacji mózgu – St. Jude Medical Infinity DBS, pierwsze na rynku, którego oprogramowanie może być aktualizowane bezprzewodowo.

Zwykle systemy DBS dają lekarzowi ograniczoną możliwość precyzyjnego blokowania aktywności wybranych komórek mózgowych. St. Jude Medical Infinity DBS, dzięki wykorzystywaniu bardziej dokładnej elektrody, umożliwia dostosowanie terapii do potrzeb konkretnego pacjenta, jednocześnie unikając takiego stymulowania komórek, które mogłoby wywołać takie działania niepożądane, jak zaburzenia wzroku czy mowy.

Pacjenci, którzy mają wszczepiany system St. Jude Medical Infinity DBS, otrzymają także urządzenie Apple iPod Touch, umożliwiające im zarządzanie niektórymi ustawieniami stymulatora, a lekarz programuje urządzenie za pomocą iPada Mini podczas wizyt kontrolnych. Co ważne, system Infinity można unowocześniać, po prostu wygrywając bezprzewodowo nowe oprogramowanie bez potrzeby wykonywania kolejnej operacji.

Materiały graficzne: St. Jude Medical


Trak – urządzenie oceniające liczbę plemników w nasieniu


Na niepłodność, która została uznana przez Światową Organizację Zdrowia za chorobę społeczną, w Polsce cierpi nawet co piąta para. 40 proc. przyczyn niepłodności leży po stronie mężczyzn.

Najczęstszymi przyczynami niepłodności u mężczyzn jest obniżona liczba plemników w nasieniu, ich nieprawidłowa ruchliwość oraz zaburzenia budowy. Podstawową metodą oceny płodności mężczyzny jest badanie nasienia, zalecane, gdy parze po roku starań nie uda się zajść w ciążę. Badanie jest dla mężczyzn krępujące, ponieważ odbywa się często w laboratorium, a nasienie ma być dostarczone w konkretnym momencie, co budzi presję i powoduje dyskomfort pacjenta. Nasienie można wprawdzie oddać w warunkach domowych, ale powinno być dowiezione do laboratorium w przeciągu 60 minut i w odpowiedniej temperaturze. Ponadto badanie jest stosunkowo drogie, nierzadko należy je powtarzać, a do tego usługa dostępna jest jedynie w wyspecjalizowanych ośrodkach.

Nic więc dziwnego, że pojawiają się zestawy do badania nasienia w domu, czyli w komfortowych warunkach zwiększających intymność, a do tego w dogodnym, wybranym przez pacjenta momencie, bez pośpiechu.

Sandstone-Diagnostics
Trak, urządzenie do pomiaru liczby plemników w nasieniu, otrzymało już akcept ze strony Amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA) i będzie dostępne w sprzedaży od października 2016 r. Produkt formy Sandstone Diagnostics pozwala na szybkie przeprowadzenie badania w domu, bez konieczności pojawiania się pacjenta w laboratorium. Trzeba jednak pamiętać, że tak jak inne domowe zestawy do badania nasienia mierzy tylko znajdującą się w nim liczbę plemników, a nieprawidłowa liczba plemników nie jest jedyną przyczyną niepłodności mężczyzn.

Badanie polega na umieszczeniu kilku kropel nasienia w urządzeniu, które działa jak wirówka i obraca nasienie przy kontrolowanej prędkości przez ok. 6 minut. Oddzielony materiał trafia do zbiorniczka, w którym wykonywany jest odczyt. Im wyższy wskaźnik na białej kolumnie pomiaru, tym większa liczba plemników. Wskazywane są trzy grupy diagnostyczne: powyżej 55 milionów/ml – badana osoba nie powinna mieć problemów z zajściem w ciążę, między 15 a 55 milionów/ml – starania o ciążę mogą potrwać i poniżej 15 milionów/mililitr – wyniki mogą wskazywać na bezpłodność, co oczywiście należy skonsultować z lekarzem. Skala wyników opiera się na wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

Do urządzenia zostanie dołączona aplikacja, w której będą umieszczane wyniki, ale także pojawią się informacje edukacyjne dotyczące powodów niepłodności oraz tego, jak trzeba postępować w przypadku jej wystąpienia.

Działanie urządzenia zostało też sprawdzone w badaniu klinicznym.

Więcej informacji: http://trakfertility.com/science-behind-trak/

 


Lumee Oxygen Sensing System – wszczepialny czujnik do określania utlenowania tkanek


Kiedy w styczniu na targach CES 2016 przedstawiciele firmy Profusa zaprezentowali prototyp wszczepianego pod skórę czujnika Lumee, służącego do określania stężenia różnych substancji w organizmie, spotkali się z bardzo dużym zainteresowaniem. Nic dziwnego, wiele wskazuje na to, że już niebawem urządzenia wszczepialne mogą zająć na rynku mocną pozycję obok bardzo popularnych obecnie urządzeń ubieralnych (ang. wearables), zwłaszcza w przypadku osób cierpiących na wymagające ciągłego monitorowania choroby przewlekłe.

Twórcy z Profusa nie ukrywają, że chociaż na razie nie udało im się osiągnąć głównego celu, czyli opracować czujnika służącego do określania stężenia glukozy w organizmie, to są zadowoleni ze swojego pierwszego produktu, Lumee Oxygen Sensing System, który obecnie czeka na akcept ze strony Amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków – FDA i przyznanie znaku CE (w Europie ma być dostępny jeszcze w tym roku).

Lumee Oxygen Sensing System, czujnik służący do ciągłego określania utlenowania znajdujących się obok niego tkanek, ma być wykorzystywany przede wszystkim do monitorowania gojenia się ran, np. u osób z przewlekłymi owrzodzeniami żylnymi czy chorujących na cukrzycę. Czujnik przeznaczony jest także dla osób cierpiących na choroby tętnic obwodowych (peripheral artery disease, PAD).

Szacuje się, że PAD występuje u 202 milionów ludzi na świecie, w tym u 27 milionów w Europie i Ameryce Północnej. Jest to grupa chorób, których najczęstszą przyczyną jest miażdżyca i które przebiegają ze zwężeniem lub niedrożnością tętnic obwodowych, co w konsekwencji powoduje niedokrwienie kończyn dolnych. PAD na początku często przebiegają bezobjawowo (tylko u 10-15% chorych stwierdza się ból nóg podczas chodzenia, czyli chromanie przestankowe; innymi objawami mogą być marznięcie stóp, zaniki mięśniowe, zaniki owłosienia, trudno gojące się rany lub owrzodzenia). Chorzy narażeni są na wystąpienie zgorzeli (co może doprowadzić nawet do amputacji),  należą także do grupy osób o zwiększonym ryzyku zgonu z powodu zawału mięśnia sercowego i udaru.

To, co może być pomocne w prowadzeniu leczenia PAD, to kontrola utlenienia tkanek zajętej kończyny. Jest to niezwykle istotne w procesie gojenia się ran, a także może uchronić pacjenta przed pogorszeniem się sprawności ruchowej czy rozwinięciem się zgorzeli.

Takie zadanie ma przed sobą Lumee Oxygen Sensing System. Lumee zbudowany jest z maleńkich bioczujników (3-5 mm), które umieszczane są pod skórą za pomocą igły, oraz czytnika optycznego.

Profusa

Bioczujniki osadzone są na specjalnym hydrożelu, który przypomina materiał, z jakiego zrobione są soczewki kontaktowe, i nie wywołuje reakcji odrzucenia przez organizm. Hydrożel jest połączony z molekułą, która emituje fluorescencyjne światło zmieniające się w zależności od poziomu utlenowania tkanki. Czujnik optyczny, umieszczany na skórze, odczytuje sygnał fluorescencyjny i wysyła dane do smartfona. Co ważne, bioczujniki działają aż do dwóch lat i po tym czasie nie trzeba ich usuwać z organizmu.

Lumee1

Lumee jest urządzeniem, który ma duży potencjał nie tylko w opiece medycznej, ale również w obszarze badań klinicznych, a nawet wellness czy fitness. Jego twórcy pracują też nad dostosowaniem go do określania stężenia w organizmie innych substancji, takich jak kreatynina czy glukoza. Myślą również o wykorzystaniu urządzenia w monitorowaniu takich chorób, jak przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP) czy bezdech senny (OBS)

Materiały graficzne: Profusa